Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kolumbia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kolumbia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 30 października 2015

Jesteśmy Fruteros :)

Galaretka z mango, papają i nasionami papai

                My tu w Kolumbii jesteśmy Fruteros. Słyszałam to hasło niemal codziennie. Nasz kolumbijski gospodarz na każdym kroku podkreślał ich narodową miłość do owoców. Potrafią je łączyć ze wszystkim i jeść pięć, albo i osiem razy dziennie ;) Zaczynając od śniadania, jego obowiązkową częścią składową jest gęsty sok ze zblendowanych owoców i to nie tylko w Kolumbii, ale w każdym południowoamerykańskim państwie, które odwiedziłam. W Peru najbardziej popularny jest sok z papai, albo z ananasa, trzeba tylko pamiętać żeby stanowczo zażądać owego koktajlu bez cukru, inaczej do już i tak słodkich owoców, dosypią taką ilość białych granulek jaką zawiera puszka coli. Raz widziałam jak dziewczyna robiła koktajl z truskawek na mleku (porcja dla jednej, maksymalnie dwóch osób) który dosłodziła sześcioma kopiastymi łyżkami cukru, a po chwili namysłu dosypała siódmą, co by z mało słodkie nie było ;)
Kolumbijczycy są jednak wyjątkowo kreatywni w serwowaniu owoców, nasz znajomy raczył nas najróżniejszymi sałatkami i owocowymi gazpacho. Szczególnie zapamiętałam sałatkę owocową z czerwoną cebulą, sałatą i majerankiem. Połączenie owoców z majerankiem bardzo przypadło mi do gustu, jak już wiecie zioło to  kocham nad życie. Na szczęście Kolumbijczycy używają go dość często w przeciwieństwie do swoich południowych sąsiadów.
               Faktycznie jest to owocowy raj, na bazarach i w supermarketach nie wiadomo co pierwsze obejrzeć, załadować do koszyka i kupić w celach konsumpcyjnych. Część tych owoców ma oczywiście rodowód azjatycki, ale warunki klimatyczne w Kolumbii również umożliwiają ich uprawę. Najwspanialsze jest to, że te wszystkie egzotyczne owoce smakują 5 razy bardziej tam gdzie rosną i mają czas dojrzeć, niż te za szybko zerwane i sprowadzane do naszych sklepów. Wiele z nich znałam już z Peru, ale niektóre mimo że były tam dostępne, to jednak bardziej popularne i częściej spotykane są właśnie w kraju naszych Fruteros. Nie sposób wymienić i opisać wszystkich więc stworzyłam TOP 5 owoców, którymi zajadałam się w Kolumbii, a na topową piątkę z Peru będziecie musieli jeszcze trochę poczekać. 
 

Papaja - ma podłużny kształt, miąższ koloru żółto - pomarańczowego, lub różowawy, bardzo delikatny w smaku. Środek owocu wypełniają liczne drobne pestki o ostrym smaku przypominającym nieco rzeżuchę. Ze względu na delikatny smak lubię łączyć papaję z innymi owocami, świetnie nadaje się do smoothie i sałatek owocowych. Jednak moim zdaniem najlepsze w papai są jej właściwości zdrowotne, posiada bowiem ona enzym zwany papainą, który pobudza trawienie, szczególnie dużo jest go w pestkach, więc w razie niestrawności polecam ;) Ponoć świetne są też maseczki na twarz z rozgniecionego owocu ;) Papaję można coraz częściej spotkać u nas w sprzedaży, ostatnio zakupiłam w rozsądnej cenie w jednym z dyskontów (tym sygnowanym sympatycznym owadem ;)) Niestety długo transportowane papaje, które dojrzewają jeszcze w domu na parapecie, dużo tracą ze swego i tak delikatnego smaku, niemniej jednak polecam.
Papaja ;)
Mango - jest dość łatwo dostępne w Polsce ostatnio bardzo często spotykam je w marketach, co mnie bardzo cieszy, bo to wyjątkowo smaczny i soczysty owoc. Ma kształt nerkowaty, miąższ jest intensywnie żółty, natomiast skórka zielonkawo - czerwona, czasem żółtawa, a nawet wchodzi w odcienie fioletu, kolor skórki zależy od odmiany. Owoc ma jedną dużą podłużną pestkę, wokół której miąższ jest włóknisty i trudno go oddzielić. Warto poczekać, aż owoc dojrzeje, bo niedojrzałe mango nie jest niczym nadzwyczajnym jest twarde i bez smaku. Dość trudno rozpoznać kiedy owoc jest dojrzały, ale wszystko jest kwestią wprawy. Musi się delikatnie uginać pod palcem, nie może być zupełnie twarde, a miąższ powinien być intensywnie żółty, jeśli jest zielonkawy, lub blado żółty to znak, że za wcześnie się do niego dobraliśmy. Mango jest bardzo słodkie, porównałabym jego smak do dojrzałej nektarynki, ale ma coś co je wyróżnia i co lubię w nim najbardziej, a jest to specyficzny żywiczny posmak, bo mango zawiera terpentynę, która wraz z dojrzewaniem zanika, ale delikatna nuta pozostaje. Z tego samego powodu moim ulubionym winem jest grecka Retsina ;) Zastosowanie kulinarne tego owocu to temat rzeka, ale ja polecam indyjskie mango lassi, lub sałatkę z mango i majerankiem :)
Sałatka 3M ;) Mango, melon, majeranek. Nie mylić z trudno dostępnym M3, a tym bardziej z "M jak miłość", bo grozi niestrawnością ;)
Guajawa - (inna pisownia to gwajawa, gujawa, guawa i jeszcze sporo by się znalazło) test to jeden z tych owoców, którego smaku nie da się porównać z niczym innym i jeden z bardziej przeze mnie poszukiwanych :) Niestety w Polsce jeszcze nie spotkałam, a szkoda, ale na pewno kojarzycie napoje o smaku guajawy, nie to samo co owoc, ale zawsze coś. Niestety nawet w Ameryce Południowej czasem trzeba jej trochę poszukać w Kolumbii jest częściej spotykana, ale już w południowym Peru jej dostępność zależy od sezonu. Guajawa jest wielkości jabłka, ale wyglądem trochę przypomina pigwę. Ma gładką, woskowaną skórkę w kolorze zielonkawo żółtym, miąższ w zależności od odmiany jest różowawy, biały, lub wpadający delikatnie w żółty. Guajawa najczęściej wykorzystywana jest do sporządzania napojów - soków i kompotów, ale ze względu na dużą zawartość pektyn jest doskonałą bazą domowych dżemów. Można ja też jeść na surowo, musi być jednak dojrzała, miękka i mocno aromatyczna. Owoc ten ma ponoć bardzo dużo witaminy C. Dla mnie absolutnym hitem jest sok ze zblendowanej guajawy, zamawiałam go zawsze w pierwszej kolejności :) był priorytetem przed wszystkimi innymi sokami, mogłabym go pić hektolitrami.

Gęsty koktajl z papai zblendowanej z bananem i napojem z guajawy
Proporcje: 1 banan, pół papai, szklanka napoju z guajawy ;)
 Mangostan - a to cudo pierwszy raz widziałam właśnie podczas mojego tegorocznego pobytu w Kolumbii, wesołe kuleczki w kolorze bakłażanowym od razu przykuły moją uwagę i w trybie natychmiastowym zostały zakupione. A już zupełnie wzruszyło mnie wnętrze twardej skorupy, które skojarzyło mi się z mięciutką bawełną. W rzeczywistości są to cząsteczki sprężystego, białego miąższu otaczającego pestkę. Wyglądają trochę jak ząbki czosnku. W smaku mangostan jest słodki i delikatny, kremowy. Owoc najlepiej jeść, jak ja to mówię, sam ze sobą ;) na świeżo, bezpośrednio po obraniu. W sprzedaży dostępne są herbatki i różne suplementy z mangostanu, którym przypisuje się niemal nadprzyrodzone właściwości ;) ale myślę, że jednak to nie to samo co świeży owoc. A taki właśnie widziany był ponoć ostatnio w jednym z bardziej ekonomicznych supermarketów ;) niestety w moim mieście nie znalazłam, kupiłam tam natomiast pitaję.

Pitaja - zwana jest też smoczym owocem ze względu na grubą, łuskowatą skórkę. Skórka może mieć kolor żółty lub różowy, po przekrojeniu owoc wypełnia biały miąższ o lekko galaretowatej konsystencji z licznymi drobnymi pesteczkami. Ponoć występuje też odmiana o czerwonym miąższu. Pitaja jest wyjątkowo urodziwa, wręcz malownicza ;) Osobiście zakochałam się w tym kaktusowym owocu i mogłabym jeść kilka dziennie, gdyby nie jego pewne właściwości, o których za chwilę. Pitaja w smaku przypomina trochę kiwi, ale jest mniej kwaśna. Najlepiej przekroić owoc wzdłuż i wybrać miąższ łyżeczką, świetnie się też sprawdza jako składnik sałatek owocowych. Nasz Kolumbijczyk widząc, że codziennie znoszę do domu pitaję,  przestrzegał mnie ze śmiechem przed nią, bo ponoć poprawia ona perystaltykę jelit i pomaga w wypróżnieniu, a nadmierne spożycie może spowodować nagły efekt przeczyszczający. Ja jakoś tego nie doświadczyłam, ale w zasadzie po długiej podróży samolotem to całkiem przydatna właściwość ;).
Pitaja ;)
Sałata z liczi, pitają i granatem



poniedziałek, 26 października 2015

Kilka słów o kawie i paneli :)

Kolumbijska kawa parzona po turecku z panelą ;)

                   Kolumbia słynie z kawy i nie bez powodu. Jej wyjątkowa jakość jest wynikiem warunków w jakich kawowe krzewy wzrastają i owocują. Porastają one nasłonecznione górskie stoki, idealnie jeśli pola znajdują się na wysokości 1200-1800 metrów nad poziomem morza. W takim klimacie rośliny poddawane są optymalnemu nasłonecznieniu, temperaturze i wilgotności. Ponoć najlepsze są dla nich gleby z pyłem wulkanicznym, które w tej części świata są powszechne.
                  Kolumbijczycy nie wyobrażają sobie życia bez kawy, codzienne delektowanie się filiżanką czarnego napoju jest dla nich takim samym rytuałem, jak dla większości Europejczyków. Natomiast kultura picia kawy zupełnie nie istnieje w Peru, co w pewnym momencie strasznie zaczęło mnie razić, mimo, że sama nie należę do fanatyków kawy i nie muszę jej pić codziennie. Było dla mnie czymś zupełnie niezrozumiałym, że kawiarnie można spotkać tylko w większych miastach, że są to zazwyczaj wyłącznie sieciówki i że siedzą w nich sami "gringos". Oczywiście wyjątki się zdarzają, ale nie zmienia to faktu, że nadal są to wyjątki ;) Ale o kawie, a w zasadzie jej braku w Peru napiszę innym razem, bo dziś miało być o Kolumbii. A tam sytuacja jest zupełnie odwrotna, kawiarnie znajdziecie na każdym rogu i są to zarówno kawiarnie różnych sieci, jak i przytulne prywatne lokale, niekiedy połączone z rodzinnymi piekarniami. Serwują one głównie kawę z ekspresu i w Kolumbii, jak zauważyłam, jest to najpopularniejszy sposób przygotowywania jej, ale z kawą parzoną po turecku również się spotkałam. Sama często parzę ją w tygielku przywiezionym kiedyś z Tunezji, albo we włoskiej kawiarce, ale szczerze mówiąc specjalistą od niej u mnie w domu jest mój chłopak, więc zazwyczaj się nie wtrącam :). Wracając do Kolumbijczyków to tradycyjnie piją oni kawę czarną zwaną tinto, ale coraz częściej i coraz chętniej eksperymentują i poza kawą z mlekiem (zwaną pintado), można też się jej napić z najróżniejszymi dodatkami, takimi jak czekolada, czy przyprawy. Dla mnie idealnym połączeniem byłaby kolumbijska kawa z kolumbijskim rumem ;).
Tinto często jest słodzone i to nie zwykłym cukrem, a panelą. Wynalazek ten to nic innego jak odparowany sok z trzciny cukrowej, formowany w bloki, niekiedy przerabiany na kostki, lub proszkowany. W Kolumbii jest to jeden z podstawowych i niezbędnych w każdym domu produktów spożywczych. Żaden szanujący się Kolumbijczyk nie ruszy w dłuższą, zagraniczną podróż bez swojej paneli. Są do niej tak przywiązani, że nie mogłam uwierzyć własnym oczom, widząc na przejściu granicznym walizki w 1/3 wypełnione blokami paneli, jakby to były sztabki złota ;) (no ale cóż ja jeżdżę do Peru z dwudziestoma paczkami majeranku ;) więc co kto woli). Mój słodkolubny chłopak oczywiście był zafascynowany tym cudem i przywiózł pudełko panelowych kosteczek do Polski. Warto też wspomnieć, że w Kolumbii przypisuje się paneli właściwości zdrowotne (porównywalnie z naszym uwielbieniem do miodu), popularny jest ciepły napój z wody, soku z limonki i paneli (agua de panela), który koniecznie trzeba pić przy każdym przeziębieniu, a przy innych choróbskach niby też nie zaszkodzi ;).
Mi ze słodyczy dużo bardziej odpowiadały prażone ziarna kawy w czekoladzie, które niekiedy podawano w kawiarniach, ale można je było również kupić w różnej wielkości opakowaniach. Oczywiście zrobiły one furorę wśród rodziny i znajomych po naszym powrocie do Polski.
               A gdzie można się napić kolumbijskiej kawy w Polsce? Niemal wszędzie, zawsze można poszukać w lokalnych kawiarniach. Ja na kawę, niekoniecznie kolumbijską, chodzę (chociaż teraz to już jeżdżę, bo po przeprowadzce za daleko) do wrocławskiego "Rozrusznika" jest to jedno z moich ukochanych miejsc. Jeśli nie lubicie kawy polecam zamówić zieloną herbatę, albo jakiś napój. Można tam też posłuchać muzyki z winyli, przejrzeć książkę lub zagrać w statki ;).
Gdy nie byłam jeszcze na diecie, jadłam w "Rozruszniku" najpyszniejsze czekoladowe ciasto świata. W sprawie owego cuda mam dwie wiadomości jedną dobrą, a jedną złą :( . Dopytałam u źródła i okazało się, że w cieście nie ma ani grama mąki, ale niestety inne składniki mają na opakowaniach wyszczególniony gluten w informacji o alergenach. W związku z tym ja z moją celiakią nadal nie mogę tego obłędnego wypieku jeść (może to się zmieni, liczę na to, że jednak zastosują bezglutenowe odpowiedniki), ale jeśli ktoś z Was jest na diecie z własnego wyboru to jeden kawałeczek od czasu do czasu nie zaszkodzi. Polecam :)


Kawa, ciacho czekoladowe i gra w statki ;) moje ulubione w "Cafe Rozrusznik"
Cafe Rozrusznik
Cafe Rozrusznik

czwartek, 15 października 2015

Ziemniaczki kreolskie po polsku, czyli z trzema sosami ;)

Pisałam ostatnio, że w drodze powrotnej z San Agustin zamówiłam danie z pieczonymi ziemniaczkami kreolskimi, spotkałam je jeszcze później w Ekwadorze, a w Peru kupowałam regularnie. Straszni mi one przypadły do gustu, a że jestem pyrożercą postanowiłam wprowadzić je do mojej kuchni. Oczywiście nie spotkałam tej odmiany u nas w sprzedaży, ale zastępuję je najmniejszymi ziemniaczkami, jakie uda mi się kupić. Piekę je w piekarniku i podaję z różnymi sosami. Jako że Polacy uwielbiają sosy i dodają je do wszystkiego łącznie z pizzą, co z kolei Włosi uważają za profanację, postanowiłam je nazwać, trochę z przekory "ziemniaczkami kreolskimi po polsku". Tym razem wersja z trzema białymi sosami.

Składniki:

15 możliwie najmniejszych ziemniaków
olej roślinny
sól

Składniki na sos chrzanowy:

3 łyżki gęstego jogurtu
1 łyżka bezglutenowego majonezu
2 łyżki chrzanu
sól

Składniki na sos ziołowo-pieprzowy:

2 łyżki gęstego jogurtu
2 łyżki bezglutenowego majonezu
2 łyżki posiekanych świeżych ziół (majeranek, bazylia, rozmaryn)
1 łyżeczka suszonego majeranku
kilka ziaren różowego pieprzu
sól

Składniki na sos tzatziki:

1 zielony ogórek
1 mały ząbek czosnku
4 łyżki gęstego jogurtu
świeżo zmielony pieprz
sól

Wykonanie:

Ziemniaczki dokładnie myjemy, smarujemy olejem, solimy, układamy na blaszce, lub w naczyniu żaroodpornym i wkładamy do piekarnika nagrzanego do 220 stopni na 15-20 minut. Pierwsze dwa sosy są banalne, po prostu mieszamy ze sobą wszystkie składniki. Sos Tzatzyki też do trudnych nie należy, ogórka obieramy ścieramy na tarce na małych oczkach, solimy, czekamy aż puści sok, odciskamy jego nadmiar, dodajemy przeciśnięty przez praskę ząbek czosnku, jogurt, doprawiamy, mieszamy, gotowe! Polecam też na niespodziewaną wizytę gości, gotowe w 20 minut, sosy można spokojnie zrobić gdy ziemniaczki są w piekarniku. :D





czwartek, 8 października 2015

Bezglutenowo w San Agustin, czyli Celiak jedzie w głąb Kolumbii

Rzeźba prekolumbijska w parku archeologicznym w San Agustin

                  Coś przez tą nieszczęsną ósemkę, nie mogłam się zabrać za pisanie. Ale już! Trzeba nadrobić zaległości :) A dziś o wyjątkowo pięknym miejscu, dla Celiaka takiego jak ja, miejscu magicznym, ale absolutnie nie bezglutenowym ;). Trzeba więc się samemu dobrze  przygotować i liczyć na życzliwych i rozumnych ludzi, których na szczęście na drodze spotkałam :)
                 San Agustin leży w górnym biegu rzeki Magdaleny w departamencie Huila i znane jest przede wszystkim z parku archeologicznego, gdzie można podziwiać monumentalne rzeźby i grobowce kultury nazwanej właśnie od tej miejscowości San Agustin. Atrakcja ta przyciąga turystów i naukowców z całego świata i my również wybraliśmy się z naszym kolumbijskim gospodarzem, aby ją zobaczyć. Na mapie może się to wydawać krótka trasa, ale odległości w Ameryce Południowej to nie to samo co odległości w Polsce. Z Bogoty samochodem jedzie się kilkanaście godzin, trzeba więc mieć drugiego kierowcę, lub zaplanować nocleg na trasie i oczywiście zaopatrzyć się w prowiant, co przezornie uczyniłam. Moi towarzysze podróży zatrzymali się na śniadanie w przydrożnym barze i zamówili kiełbaski z arepą, ja w tym czasie pałaszowałam zabrane z Polski wafle ryżowe z równie polskim bezglutenowym pasztetem z dzika (a raczej z dzikiem) wiadomej firmy ;), zapiliśmy to wszystko porządną kawą. Na drugie śniadanie miałam owoce, ale cóż wypadałoby też zjeść jakiś obiad, a ponieważ plan zwiedzania Kolumbii był dość napięty, to nie zdążyłam akurat tego dnia wstać bladym świtem i  tradycyjnie zrobić sobie kaszę gryczaną z warzywami do termosu. W takich sytuacjach jak dobrze wiecie, każdy Celiak, albo ryzykuje, albo głoduje, a ja nie cierpię głodować, o czym już zresztą pisałam. Ponieważ trasa do San Agustin wiedzie doliną Magdaleny, po drodze co jakiś czas mijaliśmy restauracje rybne, oczywiście nasz znajomy miał zaplanowane odwiedziny w jednej ze swoich ulubionych rybnych knajpek :) Zajechaliśmy na parking, lokal był niemal pełen, znaczy, że karmią dobrze, ale dylemat dnia, czy mają coś bez glutenu? W karcie, rzecz jasna, były najróżniejsze gatunki smażonych ryb, zapewne w panierce, więc odpada, ale przestudiowałam menu i znalazłam ryby na parze. Jedną taką zamówiłam z ryżem i sałatką, kelnerka została przez wszystkich moich współpodróżników z niezwykłą powagą poinformowana, że danie nie może mieć kontaktu z mąką bo Señorita (!) ma alergię (słowo klucz). Chyba się dziewczyna trochę przejęła, bo w oczach miała niepewność i stąpała później wokół mnie na paluszkach, jakby się bała, że sama jej obecność wywoła u mnie napady duszności, wysypkę, albo śmierć na miejscu ;) W każdym razie swoją rybę dostałam jak należy, zjadłam i nic wielkiego mi nie było. Owszem brzuch mnie trochę bolał wieczorem, ale zawsze mnie boli po dłuższej podróży, chyba wiele osób doświadcza takiego dyskomfortu.
               W San Agustin zatrzymaliśmy się w hotelu Yuma, który z czystym sumieniem mogę polecić (http://www.yumahotelsanagustin.com/). Hotel w stylu kolumbijskiej posiadłości wiejskiej, był bardzo przytulny i wygodny, a właściciele niezwykle mili, pomocni i otwarci. Śniadania były wliczone w cenę i gdy pierwszego dnia, wytłumaczyłam im czego nie mogę jeść, przez kolejne dni bez żadnych dodatkowych pytań i nagabywań "Czy może jednak?", dostawałam na śniadanie jajko, papaję, sok owocowy i kawę, bez wciskania mi jakiegokolwiek pieczywa. Za to naprawdę duży plus, bo taka postawa rzadko się zdarza. Kawę, którą mi tam podawano na śniadanie wspominam z rozrzewnieniem do dziś, bo jak wiecie Kolumbia z niej słynie, a właściciel hotelu miał własną plantację, która była jego drugim hobby, zaraz po goszczeniu przyjezdnych :) W San Agustin byłam trzy dni i pierwszego okazało się, że w całym mieście, a raczej mieścince nie ma żadnego lokalu, w którym mogłabym coś w miarę bezpiecznego zjeść. Pierwszego dnia nie jadłam nic poza moim własnym suchym prowiantem, tuńczykiem z puszki i egzotycznymi owocami kupionymi w małym lokalnym markecie i śniadaniem w hotelu, ale drugiego dnia wymiękłam i zjadłam ryż z soczewicą i smaczliwką, po czym oczywiście rozbolał mnie brzuch. Trzeciego dnia (nie wiem dlaczego dopiero trzeciego) wpadłam na oczywistą myśl, że przecież mogę zamówić obiad w hotelu i  znów stanęli na wysokości zadania. Dostałam grillowaną pierś z kurczaka z ziemniaczkami i sałatką i jadłam, aż mi się uszy trzęsły (jakby powiedział mój kochany tata ;)). W drodze powrotnej w restauracji w mieście Neiva zamówiłam podobny zestaw, kurczę z grilla i opiekane ziemniaczki kreolskie, nie było to tak pyszne jak w San Agustin, ale przeżyłam. Ziemniaczki kreolskie szczerze polecam, nie dość, że jestem ogromną fanką ziemniaków (w końcu niby pochodzę z Pyrlandii, ale ciiii), to jeszcze są one wyjątkowo urocze, bo malutkie i okrągłe, trochę jak nasze młode ziemniaczki w maju. Po południu zatrzymaliśmy się jeszcze u przydrożnych sprzedawców kokosów i to w zasadzie całkiem mnie usatysfakcjonowało :) Do Bogoty dotarliśmy w środku nocy, po wielogodzinnym staniu w niedzielnym korku, ale bezczelnie go przespałam, a następny dzień powitałam gorącą, mocną kolumbijską kawą, bo czymże innym?

Widok z tarasu w hotelu Yuma

Krzak kawy
Świeże ziarna kawy
Widok na okolicę - Park Archeologiczny San Agustin
Rzeźba kultury San Agustin

czwartek, 1 października 2015

Kolumbijskie ceviche z krewetek


Skoro już jesteśmy przy plażowym menu to postanowiłam zrobić sobie kolumbijskie ceviche z krewetek koktajlowych i przy okazji podzielić się przepisem w wersji light  i w pełnej wersji "na bogato", czyli tak jak jedzą Kolumbijczycy ;)

Wersja light, porcja na 2 osoby

składniki:

200 gram  krewetek koktajlowych
pół czerwonej cebulki
4 limonki
ostra papryka (opcjonalnie)
łyżka białego rumu (opcjonalnie)
świeża kolendra

Wykonanie:

Krewetki wrzucamy do wrzątku i odstawiamy na kilka minut, po czym przelewamy zimną wodą i  odcedzamy. Cebulkę kroimy w drobną kosteczkę lub piórka. Oba składniki mieszamy razem i zalewamy sokiem z limonek, dodajemy odrobinę ostrej papryki (najlepiej świeżej, ale może być suszona, ewentualnie z paczki) łyżkę białego rumu i posiekaną kolendrę, dokładnie mieszamy odstawiamy na 5 minut do lodówki i możemy jeść. 


 

Pełna wersja:

składniki:

200 gram  krewetek koktajlowych
pół czerwonej cebulki
4 limonki
ostra papryka (opcjonalnie)
łyżka białego rumu (opcjonalnie)
świeża kolendra
3 łyżki ketchupu bezglutenowego
1 łyżka majonezu bezglutenowego

Wykonanie:

Krewetki wrzucamy do wrzątku i odstawiamy na kilka minut, po czym przelewamy zimną wodą i  odcedzamy. Cebulkę kroimy w drobną kosteczkę lub piórka. Oba składniki mieszamy razem i zalewamy sokiem z limonek, dodajemy odrobinę ostrej papryki (najlepiej świeżej, ale może być suszona, ewentualnie z paczki) łyżkę białego rumu, posiekaną kolendrę, ketchup i majonez, dokładnie mieszamy, odstawiamy na 5 minut do lodówki i możemy jeść.


wtorek, 29 września 2015

Coco Loco


Uwaga! podaję przepis na Coco Loco trochę zmodyfikowane przeze mnie i nie jest tak efektowne jak to z plaży, ale jakbyście zatęsknili za wakacjami, albo robili imprezę w stylu karaibskim to jak znalazł ;)

Składniki:

50 ml białego rumu
50 ml świeżo wyciśniętego soku z grejpfruta
200 ml wody kokosowej (100%)
kruszony lód

Wykonanie:
lód wrzucamy do szklanki, zalewamy sokiem, rumem i dodajemy wodę z kokosa, mieszamy, pijemy...tak kilka razy, dobrze się bawimy ;)



piątek, 25 września 2015

Sielanka w raju, bezglutenowo nad Morzem Karaibskim

Kolumbia, wybrzeże Morza Karaibskiego, Park Tayrona


Nad Morzem Karaibskim byłam kilka dni, zdecydowanie za krótko, szczególnie, że nie ma dla mnie lepszego relaksu, jak wylegiwanie się z książką na plaży, a przy okazji zwiedzanie okolicy ;) Dwa najbardziej znane kolumbijskie kurorty to miasta Cartajena i Santa Marta. Cartajenę ponoć trzeba koniecznie zobaczyć, ale drugim punktem obowiązkowym na wybrzeżu jest Park Tayrona blisko Santa Marta (serio, jedno z najpiękniejszych miejsc jakie widziałam, jak Wam się marzą białe plaże, palmy i turkusowa woda to tam to jest, są też ponoć rekiny i płaszczki :)). Wybór padł więc na Santa Martę (tym bardziej, że ponoć Cartajena jest dużo droższa), a w zasadzie na znajdujące się tuż na jej obrzeżach Rodadero, typowy nadmorski kurort z hotelami, apartamentami do wynajęcia, restauracjami, kramami z plażowymi gadżetami i mobilnymi jadłodajniami.
W Rodadero wynajęliśmy apartament (taniej niż nad Bałtykiem!) z wyposażoną w podstawowy sprzęt kuchnią, a ponieważ nieopodal była też Carulla (odsyłam do postu o kolumbijskich supermarketach), było pewne, że o jedzenie nie muszę się specjalnie martwić. Rano robiłam coś na ciepło wrzucałam w termos i obiad był, a ja nieskrępowana czasem mogłam spokojnie wygrzewać tyłek, ale jak wiadomo nad morzem jakieś przekąski muszą być. U nas są to gofry i zapiekanki, lub bardziej treściwa ryba smażona na starym oleju z frytkami w zestawie za jakąś kosmiczną cenę i tam jak najbardziej taka smażenina też występuje, ale jest dużo większy wybór lekkich dań na bazie owoców morza.
Jedną z moich ulubionych przekąsek jest koktajl z krewetek, zwany ceviche de camarones (około 12 zł porcja). Z pewnymi jednak zastrzeżeniami ;)  a mianowicie trzeba grzecznie odmówić kilku składników dania, żeby było ono w 100% bezglutenowe, jest to trochę przerobienie kolumbijskiej wersji na peruwiańską, ale tak mi chyba bardziej odpowiada. Koktajl przygotowują panowie z wózeczkami, ustawieni wzdłuż promenady w cieniu palm. Sprzedają też inne owoce morza (próbowałam ostryg), ale krewetki były moją ulubioną przekąską. Oczywiście bardzo szybko znalazłam sobie swojego ulubionego pana od ceviche i co rano w drodze na plażę, zamawiałam je na drugie śniadanie. Danie składa się z ugotowanych krewetek koktajlowych, zamarynowanych w soku z limonek, do tego dodaje się czerwoną cebulkę, również zamarynowaną w limonkach i świeżą kolendrę, wszystko dostajemy w eleganckim plastikowym kubeczku :). I nasza bezglutenowa wersja wygląda tak właśnie i taką polecam, z reszty składników rezygnujemy. Zdrowi turyści mogą zamówić wersję prawie pełną, czyli z dodatkiem odrobiny brendy i salsa de tomate - sosu pomidorowego, który de facto jest keczupem i z którego Peruwiańczycy strasznie się nabijają (szczerze mówiąc dla mnie też jest to trochę profanacja ceviche, ale co kto lubi) do tego dawane są krakersy, ja brałam swoją porcję ciastek i oddawałam chłopakowi ;). Ostateczna wersja natomiast, którą jednak poleciłabym tylko miejscowym to jeszcze kleks majonezu do tego wszystkiego, ale pamiętajmy, że jesteśmy w tropikach, a widok na turkusowe morze i palmy jest z pewnością lepszy, niż widok na kafelki w toalecie, pomijam już fakt, że nie jest to majonez bezglutenowy. Takie ceviche da się w Polsce zrobić już próbowałam, ale limonki z naszych sklepów nie mogą się równać z tamtejszymi. Tak czy inaczej, dokładny przepis opracuję i zamieszczę wkrótce. Drugą przekąską, którą spokojnie mogłam konsumować była grillowana kolba kukurydzy, proste i bezglutenowe, polecam na grilla w Polsce. Trzecią natomiast są owoce. Można je dostać w formie soku, ale ciekawą przekąską, są kawałki niedojrzałego posolonego mango, które zapakowane w woreczki są sprzedawane  przez plażowych "spacerowiczów". Warto spróbować, ale tak z ciekawości. Wolę dojrzałe mango ;) a poza tym było to dla mnie za słone i nie zjadłam całej porcji.
Na plaży trzeba też coś pić, jeśli zapomnimy swojej porcji wody, to z powodzeniem można ją kupić na promenadzie, albo w licznych sklepikach koło plaży, ale w zasadzie po co się ruszać z fotela. Woda, coca cola, a nawet kawa przyjdą do nas same i jeszcze będą zachęcająco zerkać. Mało tego, przyjdzie też piwo, ale, że nam piwa nie wolno, to specjalnie dla Celiaków ;) przychodzi, a raczej przyjeżdża Coco Loco, czyli szalony kokos :). Jak się pewnie domyślacie nie jest to zwykły, niewinny orzech kokosowy, lecz taki specjalny, zakręcony procentami. Tak, wspaniałe to jest! Pan podjeżdża wózeczkiem, ma tam świeże młode kokosy w lodzie i różnego rodzaju trunki i kolorowe likiery, i zrobi Wam takie Coco Loco jakiego zapragniecie (od 12 złoty w górę). Ja brałam tylko z białym rumem dla bezpieczeństwa, bo nie wiedziałam, czy te inne wynalazki w buteleczkach mogą mieć gluten. Zimna woda kokosowa z rumem jest naprawdę punktem obowiązkowym na plaży, lecz radzę uważać, ja bym najchętniej wypiła wszystko na raz, ale wiem czym by się to skończyło ;), więc się powolutku, wręcz majestatycznie delektowałam.


Kolumbijski koktajl z krewetek w wersji bezglutenowej :)
Grillowana kolba kukurydzy sprzedawana na plaży w Rodadero

Coco Loco :) woda z młodego kokosa + rum karaibski +kruszony lód


Mój ulubiony Pan od szalonego kokosa


Wieczorem też można siąść na plaży pod palmą, bo cieplutko, posłuchać jak muzycy kolumbijscy grają, zamówić coś do picia i pogadać z przyjaciółmi, albo wybrać się do jakiejś knajpki na jedzenie, jeśli chcecie ryzykować. Ja raz zamówiłam ryż z krewetkami, tłumacząc usilnie czego tam nie może być i przeżyłam. Kiepsko natomiast czułam się po ośmiornicy, którą zafundowałam sobie pewnego wieczoru w centrum Santa Marta. Tam jest już klimat typowo miejski, nie jest tak swobodnie jak w Rodadero, byliśmy w dodatku w niedziele i prawie wszystko było pozamykane,  szczególnie, że nie przebywaliśmy nad Morzem Karaibskim w wysokim sezonie. Znaleźliśmy jedną uliczkę, gdzie otwartych było kilka przytulnych knajpek. Zamówiłam moją grillowaną ośmiornicę, którą kocham i zamawiam nad każdym ciepłym morzem, wytłumaczyłam czego nie mogę jeść, ale chyba coś było w maśle, którym była polana (niezidentyfikowane ciemne kropki), bo bolał mnie później brzuch. Od razu się przyznam, że w Polsce nigdy nie jem w miejscach, które nie należą do programu "menu bez glutenu" i trzymam się tego bardzo rygorystycznie, tym bardziej, że wiem, że na moich wyprawach, czasami jestem zmuszona zaryzykować i zjeść coś niepewnego, a czasami zwyczajnie mnie podkusi (bo jestem ciekawska), tak jak tym razem.
Jeszcze kilka słów co można zjeść w Parku Tayrona. Pojechałam tam dobrze zaopatrzona w prowiant, dlatego niespecjalnie rozglądałam się za jedzeniem, ale jako, że jest to kokosowy raj to opiłam i objadłam się kokosami po dziurki w nosie (cena: dwa i pół złotego za sztukę;)), a poza nimi można zamówić gęste soki z tropikalnych owoców, które gorąco polecam. Nie chcę tutaj specjalnie rozpisywać się o lokalnych atrakcjach, bo blogów typowo podróżniczych jest wystarczająco dużo, ale powiem tylko, że czułam, niedosyt, bo mogłam poświecić na to miejsce zaledwie jeden dzień, a przydałyby się chociaż ze trzy, więc jak będziecie mieli okazję to wynajmijcie tam sobie chatkę, hamak, czy co chcecie i zostańcie na dłużej, bo warto.


Uliczka z knajpkami w centrum Santa Marta

Dziecko z ludu Kogi zamieszkującego Park Tayrona sprzedaje turystom kokosy. Biegłość we władaniu maczetą +10 ;)

Jedzenie rośnie wszędzie :)

wtorek, 22 września 2015

Kolumbijskie ajiaco, czyli zupa ziemniaczana z kurczakiem i czosnkiem.

              Ajiaco jest tradycyjną zupą, popularną w regionie Bogoty, receptura oparta jest na trzech rodzajach ziemniaków, czosnku, cebuli, dużej ilości mleka, ziołach, jako dodatek podaje się kolby kukurydzy i kapary.
              Oczywiście dostosowałam ten przepis do produktów dostępnych w Polsce. Ciężko u nas znaleźć wszystkie rodzaje ziemniaków wykorzystywane w tej zupie (ziemniak biały, ziemniak czerwony i małe ziemniaczki kreolskie), wiec ograniczyłam się do zwykłych ziemniaków z warzywniaka, jednak zachęcam do poszukiwań. Słodkie mleko, które nie za bardzo służy Celiakom, zastąpiłam kleksem bezpieczniejszego, gęstego jogurtu. Jeśli jednak nie tolerujecie laktozy wcale, to zupa również będzie pyszna bez tego dodatku, albo można dolać do niej odrobinę mleka kokosowego. Nada jej ono trochę inny smak, ale w końcu kokosy też są charakterystyczne dla Kolumbii, więc czemu by nie poeksperymentować troszkę. Tradycyjnie do zupy dodaje się też zioło (albo jak kto woli chwast) zwany guasca. W naszej kuchni nie jest ona używana, chociaż dowiedziałam się od Google, że rośnie w Polsce dziko pod nazwą żółtlica drobnokwiatowa. Nie mam jednak w pobliżu domu łąki, ani wprawy w zbieraniu ziół, więc wybaczcie, że się o nią nie postarałam.  Moim zdaniem specyficzny smak tej zupie nadają kapary i świeża kolendra, zatem są to składniki obowiązkowe! Uwaga! Podaję przepis na 4 porcje:

Składniki:

6 sporych ziemniaków
1 kolba kukurydzy
podwójna pierś z kurczaka
1 średnia cebula 
3 zielone cebulki
4 ząbki czosnku
kapary
gęsty jogurt
pęczek świeżej kolendry
pieprz, sól


Wykonanie:

Do dużego garnka wlewamy 1,5 litra wody i zagotowujemy. Kukurydzę dzielimy na kilka części i  wrzucamy do gara z wrzątkiem, gdy już się chwilę podgotuje dodajemy pokrojoną na ósemki cebulę, zielone cebulki pokrojone na kawałki (twarda część, bez szczypiorku), posiekane, lub przeciśnięte przez praskę ząbki czosnku i pierś z kurczaka, całą lub przeciętą na pół, a następnie ziemniaki pokrojone w grube plastry, solimy. Pęczek kolendry obwiązujemy nicią, lub zawijamy w gazę i wrzucamy do zupy, pamiętajmy jednak, żeby zostawić trochę świeżych listków do przystrojenia. Gotujemy, aż składniki zmiękną, pierś z kurczaka wyjmuję jednak nieco wcześniej, żeby nie zrobiła się zbyt sucha. Na koniec próbujemy czy zupa jest wystarczająco słona, doprawiamy pieprzem i możemy nalewać na talerze. Ugotowaną pierś z kurczaka rwiemy na kawałki i dodajemy do nalanej już zupy, łyżkę gęstego jogurtu kładziemy na środek talerza, na koniec danie obsypujemy kaparami i listkami kolendry. Smacznego :)


niedziela, 20 września 2015

Bezglutenowe placuszki bananowo-batatowe



Dziś przedstawiam nowe placuszki inspirowane południowo-amerykańskimi składnikami. Z dedykacją dla wszystkich, którzy nie mogą jeść kukurydzy.
Mój chłopak pochłonął swoją porcję w 20 sekund i co pół godziny je wspomina, więc musiały mu smakować ;) Zatem polecam gorąco ;) szczególnie na niedzielne popołudnie, ponieważ ta wersja jest słodsza od poprzedniej, a z ciepłym miodem sprawdzi się doskonale jako podwieczorek. Jedynym minusem jest dość klejąca masa, dlatego są trochę trudniejsze do wykonania od tych bananowo - kukurydzianych, ale bez przesady, w końcu to tylko placki. 


Składniki:
1 dojrzały banan
1 średni batat
3 łyżki skrobi ziemniaczanej
3 łyżki mąki kokosowej

Wykonanie:
Banana miksujemy blenderem, ugotowanego i obranego ze skóry batata rozgniatamy widelcem, mieszamy ze sobą oba składniki, dodajemy skrobię ziemniaczaną i mąkę kokosową, dokładnie mieszam ciasto, aż powstanie jednolita masa. Patelnię z powłoką przeciw przywieraniu, rozgrzewamy na niewielkim ogniu i nakładamy na nią ciasto łyżką, formując placuszki (nie mogą być ani za grube, ani zbyt rozciągnięte). Pieczemy je na małym ogniu, gdy z jednej strony dobrze się przypieką, przewracamy ostrożnie na drugą. Gdy są gotowe zdejmujemy z patelni i podajemy z ulubionymi dodatkami, ja polałam je podgrzanym w kąpieli wodnej  miodem. Wszystkiego Najsłodszego :)

piątek, 18 września 2015

Bezglutenowy obiad w Bogocie

Widok na Bogotę z Monserrate


Nie jest żadnym zaskoczeniem, że najłatwiej bezglutenowe jedzenie można znaleźć w dużych miastach. O tym w co zaopatrzyć się w supermarkecie już pisałam. Oczywiście żyjemy sobie jak pączki w maśle, jeżeli mamy dostęp do kuchni, a niestety mało który hotel dysponuje pokojami z aneksem kuchennym. Ogólnodostępne kuchnie zastaniemy zazwyczaj w hostelach dla backpakersów, ale musimy się liczyć z tym, że tam posiłki przygotowują sobie również inni mieszkańcy i mogą akurat kruszyć czymś dookoła, albo sypać mąką na prawo i lewo. Ja zazwyczaj wybieram hotele lub hostele średniej jakości, ale  w ekonomicznej cenie, żeby się całkiem nie zrujnować. Są tam pokoje z prywatną łazienką, ale dostępu do kuchni zwykle brak. Mam swoje patenty jak sobie z takim zakwaterowaniem radzić i za jakiś czas o tym napiszę.
W Bogocie jednak mieliśmy okazję zatrzymać się u znajomego, więc problemów z gotowaniem nie miałam. Gorzej, że nasz gospodarz był bardzo gościnny, strasznie się nami przejmował, a czasami ciężko mu było wytłumaczyć na czym polega moja dieta i dlaczego nie mogę jeść tego czy innego dania. W końcu raz z grzeczności dałam się namówić na wizytę w azjatyckiej restauracji, ponoć bardzo ekologicznej. Owszem było tam smaczne i dobrej jakości jedzenie, ale skończyło się bólem brzucha (Podejrzany? Sos sojowy). Nie miałam zbyt wiele czasu i okazji, żeby się zapoznać z kuchnią Bogoty, ale z tego co zauważyłam, jak w większości stolic, można tam zjeść potrawy niemal każdej  lepiej znanej kuchni świata. Natomiast z lokalnych przysmaków, zachwalano mi zupę ajiaco, którą postaram się wkrótce dostosować do polskich produktów i zaprezentować Wam. Moi współtowarzysze zajadali się oczywiście pierożkami empanadas ;) których ja nie ruszałam. Celiak może ewentualnie w sytuacji kryzysowej zaryzykować zjedzenie wspomnianej zupy i drugiej, która nazywa się Caldo de costillas, a jest to wywar na kosteczkach, głównie żeberkach z ziemniakami, albo spróbować którejś z licznych wersji ryżu. Tylko po co ryzykować?? Ja następnym razem pojadę do Bogoty przygotowana merytorycznie ;) i sama zabiorę naszego znajomego na obiad do jednej z restauracji, które serwują dania bezglutenowe. Takie restauracje już dla Was i dla siebie samej namierzyłam, napisałam do nich i otrzymałam bardzo pozytywne odpowiedzi ;) Wiec mogę polecać.
Pierwszą z nich, która chyba najbardziej mnie przekonała jest "Pura Vida Juice Bar & Restaurante" (https://www.facebook.com/puravidabogota). Adres: Calle 121 # 7 a-49, niestety jest dość daleko od centrum, gdzie znajdują się główne atrakcje turystyczne. Google twierdzi, że odległość od Museo del Oro (Muzeum złota w Bogocie, które koniecznie trzeba zobaczyć) to około 13 km, dystans ten można pokonać taksówką w 45 minut (24 minuty bez korków, ale na to bym nie liczyła, szczególnie w porze obiadowej ;)), komunikacją miejską około 50 minut, pieszo 2 i pół godziny. Lokal jest niewielki, ma raczej charakter baru wegetariańskiego. Zapytałam, czy mają w ofercie dania dla osób chorych na celiakię, a taką oto odpowiedź otrzymałam: "Dzień dobry, całe nasze menu jest odpowiednie dla osób z celiakią. Napoje, dania główne, desery itd. Bez glutenu, organiczne." Kuchnia bazuje na warzywach, roślinach strączkowych i bezglutenowych zbożach, do tego podawane są organiczne koktajle.

Źródło: https://www.facebook.com/puravidabogota

Źródło: https://www.facebook.com/puravidabogota


Drugim miejscem, które chciałabym polecić jest "Hippie" opisane na Facebooku jako restauracja ze zdrową żywnością z kuchnią afro-amerykańską (https://www.facebook.com/Hippie.Bogota?fref=ts). Również potwierdzili, że mają dania dla Celiaków. "Hippie" znajdziecie pod adresem: Calle 56 #4 - A15 jest to już dużo bliżej mojego punktu orientacyjnego, którym jest Museo del Oro ;) 5,5 kilometra pokonamy taksówką w 15 minut, a żeby było śmiesznie jest to całkiem blisko domu naszego kolumbijskiego gospodarza. Dania wyglądają bardzo apetycznie, a restauracja przytulnie. Wrzucam trochę zdjęć z ich Facebooka:

Źródło: https://www.facebook.com/Hippie.Bogota?fref=ts

Źródło: https://www.facebook.com/Hippie.Bogota?fref=ts

Źródło: https://www.facebook.com/Hippie.Bogota?fref=ts


Trzecie miejsce, które udało mi się zlokalizować oferuje kuchnię opartą na bezglutenowych zbożach południowo-amerykańskich, jak sama nazwa wskazuje. "Quinoa i Amaranto" (https://www.facebook.com/quinuayamaranto) mieści się w samym sercu zabytkowej części miasta na Carrera 11 #2-95 z muzeum dojdziecie tam na piechotę w niespełna 10 minut. Odpowiedzieli, że w ich ofercie zawsze znajdzie się kilka dań spełniających warunki posiłku odpowiedniego dla osób na diecie bezglutenowej, jako że bazują w swej kuchni na  komosie ryżowej i amarantusie. Wiec myślę, że warto im zaufać :)

Przede wszystkim podczas mojej "fejsbukowej" korespondencji z tymi restauracjami odniosłam wrażenie, że wiedzą o co mi chodzi, co jest naprawdę rzadko spotykane w Ameryce Południowej ;) Najważniejsze, że w Bogocie z głodu nie umrzemy, a gdyby ktoś z Was miał okazję w tych miejscach jeść, to niech szybciutko podzieli się wrażeniami :) 

Źródło: https://www.facebook.com/quinuayamaranto
Źródło: https://www.facebook.com/quinuayamaranto
Źródło: https://www.facebook.com/quinuayamaranto

środa, 16 września 2015

Placuszki bananowo - kukurydziane





Dziś przepis inspirowany kuchnią kolumbijską,  a konkretnie placuszkami z platana (banana warzywnego) i kukurydzianymi arepas. Jest to dość luźna wariacja, ponieważ ciężko w Polsce dostać platany, a biała kukurydza andyjska jest chyba całkiem nieosiągalna, więc moje placuszki są wersją na słodko. Mogą być świetną propozycją na drugie śniadanie, lub podwieczorek.

Składniki:

1 dojrzały banan
pół puszki kukurydzy
2 łyżki mąki kukurydzianej BG
3 łyżki skrobi kukurydzianej BG

Wykonanie:

Banana miksujemy, razem z opłukaną i odsączoną kukurydzą, dodajemy mąkę i skrobię, mieszamy, żeby powstała jednolita papka. Jeżeli ktoś jest łasuchem to można je dosłodzić miodem, ale dla mnie banan i kukurydza są wystarczająco słodkie same w sobie. Na niedużym ogniu rozgrzewamy patelnię (z powłoką przeciw przywieraniu). Na suchą patelnię nakładamy łyżką masę i delikatnie rozsmarowujemy tworząc placuszki, powoli na małym ogniu pieczemy z obu stron bez tłuszczu, aż zrobią się rumiane. Ja podałam z przypieczoną w ten sam sposób figą, ale miłośnikom słodkości polecam miód, dżem, lub rozpuszczona czekoladę ;)

Smacznego